IMG_6834

Migocząca hula-kula VTech. Recenzja.

Grające g*wno, rycząca franca, drące ryja cholerstwo – to te z łagodniejszych określeń, jakie można usłyszeć od rodziców małych właścicieli Migoczącej Huli-Kuli marki VTech. Ale może potencjalny uszczerbek na zdrowiu rodzica to cena, którą warto zapłacić? Jeśli chcecie się przekonać, zapraszam do przeczytania recenzji.

IMG_6833.JPG

Pierwsze wrażenie.

Migoczącą hulę-kulę mąż przytargał na przełomie października i listopada. Moją pierwszą reakcją (jak na fankę spokojnych, drewnianych zabawek w pastelowych kolorach) było, by wyrzucić najpierw męża, a następnie kulę – po to by dostał jeszcze nią po głowie. Pierwsze „odpalenie” jej tylko utrwaliło mnie w tym przekonaniu. Agresywnie miotająca się po podłodze kula w jarmarcznych kolorach, przeleciała koło głowy leżącego na podłodze syna. O dziwo, Konrad nie rozpłakał się, tylko wyciągnął ku niej rękę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że moje dziecko wyznaje zasadę „ma ryczeć i świecić”.

Wygląd.

Trafiła nam się wersja pomarańczowo-niebieska. Dla mnie najgorszy wybór z możliwych (chociaż reszta urodą również nie powala). Na plus – ładne zwierzątka, duża ilość migoczących lampek, tasiemki. Kula wielkością jest idealna już dla półroczniaka. Podobieństwo do miny morskiej  wydaje się nieprzypadkowy, kiedy przypadkiem kopniemy ją podczas drzemki naszego malucha…

Funkcje.

To co bardzo lubię w marce V-Tech, to duża ilość melodyjek i funkcji w jednej zabawce, co nie zawsze trafia się w produktach konkurencyjnego FP. Tak też jest w Huli-Kuli. Pod każdym przyciskiem mamy nie jedną, a kilka melodyjek, dodatkowo na szczycie znajduje się biedronka, którą aby uruchomić, należy przekręcić (Konrad tego jeszcze nie załapał). Po włączeniu hula-kula wita się melodyjką, która znienawidzona jest chyba przez każdego, kto ma tę zabawkę w domu, ponieważ podczas jednego uruchomienia usłyszymy ją jeszcze pierdyliard razy. Mam wrażenie, że gdyby nie ona, zabawka byłaby całkiem znośna dla nas, rodziców. Oprócz nazw i odgłosów zwierzątek, hula-kula uczy jeszcze cyfr 1-3 oraz kształtów. Zabawka po włączeniu samoczynnie wprawia się w ruch, co zachęca starsze niemowlaki do raczkowania za nią. Ma dwa poziomy głośności, mogłaby mieć trzy – oczywiście w bardziej cichą stronę ;)

IMG_6835.JPG

Trwałość.

Z tego co mi wiadomo, Konrad jest trzecim właścicielem Huli-Kuli. Zabawka nie licząc małego otarcia na biedronce, wygląda wciąż jak nowa. Jest bardzo wytrzymała, Konrad rzucą nią, popycha na ściany, bywa, że wali w nią drewnianą łyżką/innymi zabawkami a produkt nie ma żadnych pęknięć ani zadrapań (nie licząc wyżej wspomnianego, z którym już go kupiliśmy).

Cena.

Cena nowej kuli w internecie waha się między 77 a 111 złotymi. Myślę, że cena jest adekwatna do ilości funkcji. Warto kupić używaną, bo to produkt „nie do zajechania”.

IMG_6837

Dla kogo?

Na pewno dla dzieci, które są już raczkujące, bądź przymierzające się do raczkowania. Konrad co prawda od początku lubił patrzeć na miotającą się kulę, ale kilka razy oberwał nią w głowę, albo znikała mu z pola widzenia i denerwował się. Producent pisze, że Hula-Kula jest dla dzieci w wieku 0-3, nie wiem czy tak jest, ale jestem pewna, że nawet roczniakowi można kupić ją na prezent i nie będzie to przesadą.

Czy warto?

Pewnie niektórzy rodzice teraz mnie wyklną, ale jeśli dziecko lubi takie migocząco-grające klimaty, to warto. Po kilku miesiącach co prawda wywiozłam kulę do rodziców, bo już nie mogłam zdzierżyć „w lewo, w prawo, w tył, do przodu – hula-kula cały dzień„, ale kiedy widziałam radość za każdym razem jak Konrad dostawał ją w swoje łapki, postanowiłam się przeprosić z zabawką i wróciła z nami do Gdańska. I tak wyklinam ją po kilka razy dziennie, ale najważniejsze jest to, że hula-kula cieszy moje dziecko. I potrafi zająć go na naprawdę długi czas.

IMG_6841

PS. Mój model ostatnio nie chce współpracować i obraża się na widoka paratu, wybaczcie :D

One thought on “Migocząca hula-kula VTech. Recenzja.

  1. matkarazy2 pisze:

    A moja się pobeczała na widok miotającej się kuli. Jest to jedyna grająca zabawka, nie licząc popsutego psa na która zdecycodawalam się, na wniosek Ojca dziecka. Też jestem zwolenniczką drewnianych (niepomalowanych:)). U nas zainteresowanie jest rożne, z przewagą małego, ale o dziwo mnie nie denerwuje (?!?). Tak więc polecam też;)

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s